Troszkę mojej prywaty na początek, aby dać światło sprawie.
Mam małego, pięciomiesięcznego synka, Bartusia. Na codzienne spacery najczęściej z małym wychodzi mój Tata, wówczas ja mam chwilkę na rottkowe sprawy i nie tylko. Tak naprawdę nie wiadomo ze szczęścia, co przez tą godzinę czy dwie robić :).
I dzisiaj, 8 marca 2008 roku, sobota, godziny południowe, podczas codziennego spaceru po Sopocie, mojego Tatę, osobę jak widać dosyć charakterystyczną, "napadły" dwie nastolatki z plecakiem.
- Pan jest Tatą tej pani z fundacji? Upewniły się, po czym rzuciły różowy, lekko używany plecak mojemu Tacie pod nogi i powiedziały, że to niech będzie na aukcję dla psów. Mój Tata, niekoniecznie od razu wierzący wszystkim nastolatkom świata, zwłaszcza po doświadczeniach codziennych z osiemnastoletnim już wnuczkiem, zakrzyknął zatem za dziewczynami, że mają grzecznie stać, aż on sprawdzi co tam jest, bo tak to nic nie bierze.
No bo przecież jak bomba? A on tu z małym Bartusiem w wózku, sam zresztą w dobrej kondycji, co się narażał będzie! Całe życie przed nim! Albo jeszcze co gorszego?!
Dziewczynki grzecznie stały, mój Tata jak znam życie i mojego Tatę ;), mrucząc pewnie coś pod nosem i krzywiąc się co też te małolaty mu tu znoszą ;), sprawdził zawartość i po przekonaniu się, że plecak wypełniony jest książkami, na pewno coś tam burknął, co mogłoby być odebrane przez wielkich optymistów jako podziękowanie i odszedł z plecakiem.
Co ja mówię?! Jakie odszedł! Na ile pozwalała mu jego kondycja, składająca się z ciężko przez życie wypracowanej wagi, przybiegł do domu. Ja zdziwiona, co się stało, nie było spaceru według wymagalnego minimum godzina do dwóch, Bartuś zatem odpowiednio niewyjodowany, nienawdychany i nie zahartowany!
A tu proszę - taka niespodzianka!
Tak wiec drogie dziewczyny, jeśli nie zrobił tego mój Tata w sposób wystarczający, będąc lekko zaskoczony sytuacją (ja też bym była, tym bardziej, że sobota to nie dzień urzędowy fundacji), tą drogą chciałabym Wam serdecznie podziękować! A najlepiej proszę się objawić, abym mogła to zrobić osobiście :).
Strasznie miłe są takie chwile, gdy ktoś zupełnie z zaskoczenia, z dobrej woli, z chęci pomocy przytarga coś do naszej fundacji lub przyśle, aby ratować z nami rottweilery!
Zdjęcie przedstawia przedmiot zamieszania, czyli główny bohater PLECAK, we własnej osobie!