Pisze Magda z Krakowa:
"26.09.06 wieczorem załatwiamy z Agnieszką jakieś psie sprawy i dzwoni mój telefon. Pan oznajmia, że za dwa dni wylatuje do Anglii i nie ma co zrobić ze swoim psem a w sumie to nie jego pies, tylko znajomej. Wściekła powiedziałam, żeby go zawiózł do schroniska albo zapłacił za hotel. Za chwilkę dzwoni zdecydowany pokryć koszty hotelu. Umawiamy się z nim na miejscu, chciałyśmy aby sam podpisał zobowiązanie, że będzie płacił do czasu wyjazdu psa. Pies ma wszystkie papiery, łącznie z kwarantanną 6 miesięczną i badaniam przeciwciał, jednak lotniczy transport kosztuje ponad 3 tys. i muszą uzbierać pieniądze. Do tego czasu Ares miał zostać u znajomego, jednak żona po dwóch dniach się zbuntowała i kazała psa odwieźć. Pan podpisuje zobowiązanie, że będzie płacił, p. Tomek bierze wychudzonego (!) psiaka do boksu a pan odjeżdża w siną dal. Po dwóch tygodniach dostaję maila, że jest transport dla Aresa z Łodzi i musi tam dojechać w sobotę na 7 rano. Mobilizujemy znajomych, aby ktoś z poświęceniem jechał 250 km aby dostarczyć psiaka. Niestety kolejna informacja od jego właścicielki, że coś nie wypaliło. Na tym kontakt się urywa, żadnego maila, żadnych pieniędzy. Dlatego Ares szuka domu bo jego były dom i ukochana pani zapomniała o Aresie...
Psiak ma 7 lat, jest grzeczny spokojny, pieszczoch. Jak twiedzi jego właścicielka, której nie omieszkałam wysłać fotek jak wyglądał zaraz po przyjęciu do hotelu twierdzi, że kiedyś ważył 90 kg, jest bardzo wysoki. Całe życie mieszkał w mieszkaniu i takiego domu mu szukamy.

Płeć: pies
Zdolność płciowa: nie kastrowany
Wiek: 7 lat
Lokalizacja: Kraków
Wolontariusz: